Frida i Diego

Frida i Diego

O związku Fridy Kahlo i Diega Rivery chce się opowiadać w nieskończoność. To jedna z najgorętszych, najbardziej inspirujących par w dziejach sztuki. Pod pretekstem zarekomendowania wystawy „Frida Kahlo i Diego Rivera. Polski kontekst”, którą można oglądać w CK Zamek w Poznaniu, opowiadamy i my.

Lustro wmontowane w baldachim łóżka pomagało Fridzie Kahlo w malowaniu. Większość życia spędziła przykuta do łóżka, a pierwszy obraz namalowała w wieku dziewiętnastu lat, kiedy ponad rok leżała ze złamaniami po wypadku. Ze zderzenia autobusu z trolejbusem wyszła okaleczona na resztę swoich dni Uwięziona w gipsowym gorsecie wpatrywała się w lustro nad głową i studiowała swoją twarz o smagłej cerze, ciemnych oczach i mocnych brwiach zrośniętych nad nosem. Wszyscy mówili, że jej brwi przypominają skrzydła kosa.

Gorset ozdobiła rysunkami kolorowych motyli. Zawsze potem dekorowała konstrukcje, które lekarze nakładali na nią po kolejnych operacjach kręgosłupa. Tylko przez ostatnie dziesięć lat życia przetestowała dwadzieścia osiem gorsetów ortopedycznych: gipsowych, stalowych,  skórzanych. Na jednym namalowała sierp i młot, na innym czerwoną gwiazdę, dając wyraz swoim sympatiom politycznym, bo jak wszyscy artyści i intelektualiści w porewolucyjnym Meksyku, Frida była zagorzałą komunistką. Nawet przykuta do wózka inwalidzkiego brała udział w politycznych manifestacjach i donośnym głosem śpiewała Międzynarodówkę.

Kiedy już ozdobiła gorset i nie wiedziała, jak dalej radzić sobie z nieustannym bólem, z narastającym poczuciem samotności i ze zwyczajną, codzienną nudą ojciec podarował jej swoją starą kasetę z farbami i blejtram. Wcześniej Frida nie zajmowała się za bardzo sztuką. Dla zarobku praktykowała u rytownika i chodziła do pracowni fotograficznej ojca, któremu asystowała przy retuszu czy podkolorowywaniu zdjęć. Guillermo Kahlo, z pochodzenia niemiecki Żyd, miał talent i artystyczne ambicje, ale kryzys ekonomiczny zepchnął go do małego studia fotograficznego, gdzie wykonywał komunijne portrety. Z sześciu córek to Frida była jego najukochańszym dzieckiem. Potrafiła sobie radzić z humorami ojca, z  jego melancholią i atakami epilepsji.

Oczywiście Frida zachwycała się muralami, którymi po rewolucji ozdabiano gmachy użyteczności publicznej. Jako nastolatka podziwiała prace wielkiego Diega Rivery. Jeszcze podczas nauki w Escuela Nacional Preparatoria – kolegium przygotowującego młodzież do wyższych studiów – podglądała artystę przy pracy nad freskiem Stworzenie. Zakradała się  do auli, gdzie malował modelkę, i z ukrycia wygłupiała się, krzycząc: „Uważaj Diego, twoja żona idzie!”. Postanowiła wtedy, że kiedyś wyjdzie za niego za mąż i urodzi jego dziecko. O matce Frida zawsze  mówiła z przekąsem: „moja szefowaą”. Nigdy nie były sobie szczególnie bliskie. Matilde Kahlo była praktyczną i religijną Metyską. Ale to ona, obserwując malarskie próby przykutej do łóżka córki, kazała wmontować lustro w ramę baldachimu. „Nie umarłam – zwierzała się Frida matce. – Co więcej, znalazłam motywację do życia: będę malować”.

Dziewictwo straciła, wracając ze szkoły pamiętnego dnia 17 września 1925 roku. Tak przynajmniej sobie żartowała, ku zgorszeniu rodziny. Pośród wielu obrażeń, które Frida odniosła w wypadku autobusu, było to zadane przez żelazną poręcz. Przebiła na wylot jej macicę tak jak szpada torreadora przebija byka– wspominała. – „W tamtych czasach autobusy były nowością – opowiadała pisarzowi Raquelowi Tibolowi – niestety, o niezbyt bezpiecznej konstrukcji, zaczęły właśnie kursować i cieszyły się wielką popularnością, dużo większą niż trolejbusy, które jeździły puste. Tego dnia wsiadłam do autobusu w towarzystwie Alejandra Gómeza Ariasa. Siedzieliśmy obok siebie, na samym końcu pojazdu, tuż obok poręczy. Chwilę później autobus został staranowany i zepchnięty z ulicy przez trolejbus linii Xochimlco. To było dziwne zdarzenie, nie gwałtowne, lecz raczej stłumione i powolne, wszyscy zostali ranni, a ja dotkliwiej niż pozostali (…)”. Leżała we krwi, skrząc się złotym proszkiem, który wysypał się z rozerwanego pakunku jadącego tym samym autobusem jubilera. Pewnie straciła przytomność, bo po latach opowiadała, że leżała w ciszy, nie czując nic i nie płacząc.  Według relacji przyjaciela, „krzyczała tak przeraźliwie, że nie słyszałem syreny karetki pogotowia”.  Tragiczne wydarzenie prześladowało Fridę – wielokrotnie będzie rysować sceny wypadku, prawie dwadzieścia lat później upamiętni je na obrazie Ex voto.

Ból nazywała swoim „wiernym psem”. Od dzieciństwa przywykła do choroby, kalectwa i lekarskich badań. Cierpiąca na polio dziewczynka w ortopedycznym bucie na uschniętej nodze zatykała uszy na okrzyki dzieciaków. – „Masz nogę jak patyk!” – wołały za nią na szkolnym podwórzu. Ojciec kupił Fridzie czerwony rowerek i kazał pedałować po parku. Pedałowała szybko, żeby uciec przed spojrzeniami ciekawskich. Fantazjowała, że jest zdrowa, silna i piękna. Polio było jednak tylko preludium bólu. Po wypadku cierpiała nieustannie, kręgosłup miała złamany w dwóch miejscach, pamiętać trzeba też o jego licznych pęknięciach i przesunięciach kręgów. Do tego miednica połamana w trzech, a noga w jedenastu miejscach. „Nie wyobrażasz sobie jak bardzo mnie wszystko boli  – pisała do Alejandra – wylewam litry łez za każdym razem, kiedy ktoś mnie porusza, ale oczywiście, jak się to mówi, szczekaniu psa i kobiecym łzom nie należy ufać”. Przejdzie jeszcze trzydzieści trzy operacje kręgosłupa i liczne kuracje, tak że jej sypialnia często będzie przypominać gabinet tortur. Nawet zwisając głową w dół, co miało odciążyć kręgosłup, czy leżąc uwięziona w wymyślnych stelażach, malowała. Z czasem jej malarstwo nabrało siły i tragizmu. Autoportrety Kahlo są pełne jej łez, krwi i ran. Na szyi ma często cierniowy naszyjnik, a w ciało wbite strzały, igły, gwoździe, sztylety. „Maluję siebie, bo jestem samotna – mówiła. – Jestem tematem, który znam najlepiej”. Na co dzień przeklinała swoje ciało i śmiała się z własnych łez i niemocy. Opowiadała  dowcipy na temat problemów z wypróżnianiem i rysowała sprośne scenki. „Nic nie jest więcej warte niż śmiech – twierdziła Frida. – Moc śmiechu wyzwala, czyni cię lekkim. Tragedia to taka komiczna sprawa”.

„Kocham Diega i nikogo więcej” – notowała Frida w pamiętniku. Innym razem: „>»Diego« to imię miłości”, albo: „Dzisiaj Diego mnie pocałował”. Dziennik prowadziła przez ostatnie dziesięć lat życia. Zaczęła robić notatki po rozstaniu z mężem, kiedy nie radziła sobie z osamotnieniem i chorobą. Zapiski Fridy są pełne miłości do Diega Rivery. „W swoim życiu przeżyłam dwa wypadki – opowiadała. – Jeden to autobus, który mnie połamał, drugi to Diego. Diego był tym gorszym”. Żyć bez niego nie mogła. Na własnym czole malowała jego twarz, tak jak na pięknym autoportrecie Diego w moich myślach.

Poznali się na przyjęciu u fotografki Tiny Modotti, latem 1928 roku. U Tiny spotykali się radykalni dysydenci, buntownicy – Meksykanie i Amerykanie –  pisarze, malarze, dziennikarze. Dyskusje o polityce przeplatały się z tańcami i flirtami. Frida, która niedawno stanęła na nogi po wypadku, z entuzjazmem weszła w ten światek. Była pod wielkim wrażeniem starszej przyjaciółki. Zapisała się do młodzieżówki komunistycznej. Do kołnierzyka przypinała broszkę z sierpem i młotem, prezent od Tiny.

Diego Rivera był stałym bywalcem w domu Modotti, jednej z jego ulubionych modelek i byłej kochanki. „Poznaliśmy się w czasach, gdy wszyscy nosili przy sobie broń – opowiadała Frida po latach – a kiedy tylko mieli na to ochotę, po prostu strzelali do latarni ulicznych na Avenida Madero. Pewnego razu Diego strzelił do gramofonu na jednym z przyjęć urządzonych przez Tinę. Właśnie wtedy zaczęłam się nim interesować”. Nie była jedyna, bo Diegiem interesowały się absolutnie wszystkie kobiety. Ten olbrzym miał niesłychany urok i ogromny apetyt seksualny. Czarował otoczenie, hipnotyzował opowieściami o kanibalizmie – mówił, że smakował mięso młodej kobiety. Dziennikarka Anita Brenner w artykule w „New York Timesie” w 1933 roku pisała: „Charakteryzuje go życzliwość i korpulencja Włocha, niewyparzony język i uczony wygląd Hiszpana, kolor skóry i krótkopalce dłonie meksykańskiego Indianina, żywe i inteligentne spojrzenie Żyda, tajemniczość Rosjanina (…) oraz tylko jemu właściwa cecha, szlachetny wdzięk, subtelny umysł i taki sposób oswajania myśli, który sprawia, że każdy rozmówca ma uczucie, iż zwraca się on wyłącznie do niego”.

Był utalentowany i doświadczony, miał za sobą długi pobyt w Paryżu. Przyjaźnił się z tamtejszą bohemą:  Picassem, Modiglianim, Soutine’em, Kislingiem, Maksem Jacobem, Ilją Erenburgiem. Z małżeństwa z rosyjską malarką Angeliną Beloff miał syna Dieguita, który zmarł pod koniec 1918 roku na skutek zapalenia opon mózgowych. Frida całe życie będzie marzyć, żeby dać mu syna.

Diego wrócił do Meksyku w 1921 roku i od razu rzucił się w wir pracy. Rewolucja potrzebowała sztuki. Frida po raz pierwszy pojawi się na muralu Rivery jako działaczka komunistyczna w wąskiej spódnicy i odprasowanej czerwonej koszuli rozdająca broń zbuntowanym robotnikom. Potem zapełni jego prace jako barwny rajski ptak odziany w ludowy meksykański strój, falbany, kwiaty i starą, tradycyjną biżuterię, czyli wcielenie marzeń ich obojga o archetypie indiańskiej kobiety, o odrodzeniu kultury prekolumbijskiej.

Pierwszej wizyty Diega w domu rodziców w Coyoacán Frida oczekiwała, siedząc na drzewie. Poprosiła, żeby przyszedł, bo chciała mu pokazać swoje obrazy. Potrzebowała rzetelnej opinii specjalisty, czy ma malować dalej, czy raczej poszukać sobie jakiejś pracy w biurze. Kahlowie nie byli zamożni, a rachunki za leczenie Fridy doprowadziły rodzinę do ruiny. Diego oglądał jej obrazy: autoportrety, wizerunki krewnych i przyjaciół. Był pod wrażeniem. Z biegiem czasu jego zachwyt sztuką Fridy będzie rósł. Po latach napisze: po raz pierwszy w dziejach sztuki kobieta ukazała z całkowitą swobodą, i moglibyśmy rzec, ze spokojnym okrucieństwem, owe prawdy natury ogólnej, ale i osobistej, które dotyczą wyłącznie kobiety jako takiej. Szczerość wyrazu – można by ją określić jako wrażliwą i okrutną zarazem – przywiodła Kahlo do dania świadectwa bezspornej wagi; malowała swoje narodziny, miłości, dojrzewanie w rodzinie i swe przeraźliwe cierpienia, bez popadania w przesadę, była malarzem realistą, malarzem głębokim. (…) Frida Kahlo jest największa spośród wszystkich malarzy meksykańskich. To jeden z najlepszych niezakłamanych dokumentów człowieczeństwa naszych czasów”.

Co niedzielę przychodził do Fridy w odwiedziny. Nazywał ją „kulawym ptaszkiem z Coyoacán”, a ona jego „ropuchą”. Dla niej wszedł w rolę przykładnego narzeczonego, chociaż był żonaty z Lupe Marin, z którą miał dwie córki. Ale ślub kościelny nie stanowił przeszkody w porewolucyjnym Meksyku, bo nowa władza uznawała tylko śluby cywilne. Rodzina Kahlów nie była zachwycona, że córka zakochała się w żonatym mężczyźnie starszym o dwadzieścia trzy lata, w dodatku z ciągnącą się za nim opinią zbereźnika. „Moi rodzice nie chcieli dać zgodywspominała Fridapo pierwsze dlatego, że Diego był komunistą, a poza tym mówili, że przypomina niesamowicie grubego Brueghla. Twierdzili wręcz, że to będzie małżeństwo słonia z gołębicą”. Frida i Diego pobrali się 21 sierpnia 1929 roku. Zamiast tradycyjnej sukni ślubnej panna młoda założyła ludowy strój pożyczony od służącej. Na pięknym portrecie Fridy namalowanym dwa lata później stoją z Diegiem, trzymając się za ręce. W jednej dłoni Diega dłoń Fridy, w drugiej  – paleta i pędzle. Frida lepiej niż ktokolwiek inny wiedziała, że dla niego, tak jak i dla niej, malować oznaczało żyć.

Dom Diega i Fridy w dzielnicy San Ángel na przedmieściach Meksyku składał się z dwóch modernistycznych sześcianów, które łączyła zwodzona kładka. Jeśli Frida chciała być sama, kiedy była zła na męża i nie życzyła sobie jego wizyt, podnosiła mostek. Rivera kupił ten nowoczesny dom od swojego przyjaciela, architekta i malarza Juana O’Gormana. Frida zajęła mniejszą kostkę w niebieskim kolorze, większa, różowa, należała do Diega. „Nigdy nie widziałam podobnego domu – pisała Louise Nevelson, amerykańska znajoma Riverów. – Zawsze pełen znajomych, sióstr Fridy, służących, szoferów, małp, papug i psów. Bywali tam książęta, artyści, robotnicy, urzędnicy, milionerzy bogatsi od Boga”.  Towarzystwo, atmosfera sjesty, siostrzeńcy – wszystko to miało rekompensować Fridzie jej nieszczęścia, choroby, zdrady męża, poronienia i aborcje. „Tragedia Fridy” – tak Diego nazywał jej niespełnione marzenie o macierzyństwie. Już w pierwszym roku po ślubie musiała dokonać aborcji, bo ciąża zagrażało jej życiu. W jej obrazach wciąż powracają motywy embrionów, noworodków. Kiedy w 1932 roku podczas pobytu w Ameryce, gdzie Diego pracował nad malowidłami w Detroit Institute of Arts, Frida dostała krwotoku i straciła kolejne dziecko, namalowała jeden ze swoich najbardziej wstrząsających obrazów zatytułowany Szpital Henry’ego Forda. Leży na szpitalnym łóżku, na zakrwawionym prześcieradle, i spogląda na unoszący się nad nią płód dziecka. To był chłopiec, w myślach nazywała go Dieguito. W tym samym roku namalowała jeszcze obraz Frida i cesarskie cięcie, na którym znów łóżko, płód, noworodek, pochyleni nad stołem operacyjnym lekarze, twarz Diega. „Maluję moja własną rzeczywistość – mówiła. – Jedyną rzeczą, jakiej jestem pewna, jest potrzeba malowania. A maluje bez żadnego namysłu, wszystko, co przemyka przez moją głowę”.

Diego zawsze był przy niej, wspierał w ciężkich chwilach. Ale nawet do szpitalnej sali przynosił zapach innych kobiet. Nie bronił się przed romansami, przygodami na kilka nocy, przerywnikami z modelkami przy malowaniu. Czara goryczy przelała się, gdy odkryła, że Diego sypia z jej młodszą siostrą Cristiną. Opuściła mężowski dom, dużo piła, ścięła swoje długie włosy.

„Dlaczego nazywam go moim Diego? – pytała Frida w dzienniku. – Nigdy nie był i nie będzie mój. Diego należy tylko do siebie”.

Wracali do siebie i rozstawali się. Ustalali „pakty o niezależności”. „Im bardziej Fridę kochałem, tym mocniej chciałem ją krzywdzić” – napisał po latach w swojej autobiografii Diego Rivera. Frida odpłacała mężowi pięknym za nadobne, uwodziła mężczyzn i kobiety. Wśród jej kochanków była malarka Georgia O’Keeffe, japoński rzeźbiarz Isamu Noguchi oraz amerykański fotograf Nickolas Muray, któremu zawdzięczamy piękne kolorowe portrety Fridy. Julien Levy, właściciel galerii w Nowym Jorku, u którego Frida miała wystawę, fotografował ją z odsłoniętym biustem. Była śmiała i wyzwolona. W 1939 roku na wieść, że Frida miała romans z Lwem Trockim, któremu Rivera zorganizował pobyt w Meksyku i któremu oboje użyczyli schronienia w domu rodzinnym Kahlów w Coyoacán, Diego zażądał rozwodu.

Frida pisała do niego: „wszystkie te listy, uganianie się za »spódniczkami«, nauczycielki angielskiego, cygańskie modelki, asystentki o »dobrych intencjach«, »emisariuszki z pełnomocnictwami« to jedynie flirty pokazujące, że w gruncie rzeczy kochamy się z całego  serca, i mimo niezliczonych przygód miłosnych, wiecznych awantur, walenia w drzwi, przekleństw, obrzucania się wyzwiskami, wysyłania sobie powództw za granicę mimo wszystko wciąż będziemy się kochać”.

Niespełna rok po rozwodzie ponownie wzięli ślub.

W 1944 roku Frida Kahlo namalowała kolejny wstrząsający autoportret, który jest dramatycznym zapisem rozpadu ciała i cierpienia. Stoi na nim z torsem rozoranym na dwie części, w jej nagim ciele tkwi połamana stalowa kolumna. Pod szkicem do tego autoportretu zanotowała: „Czekać z ukrytą obawą, ze strzaskanym kręgosłupem i bezkresnym spojrzeniem. Stać w miejscu, na szerokiej ścieżce, poruszając jedynie swym życiem ujętym w stalową obręcz. W jednym z wywiadów Frida powiedziała: „Moje obrazy są dobrze namalowane. Nie maluję z łatwością, raczej z cierpliwością. Moje malarstwo niesie ze sobą znak bólu. Myślę, że dlatego jest ono interesujące dla niektórych ludzi”.

Tylko w latach 1950–1951 przeszła siedem operacji kręgosłupa. „Cierpienie, ból, przyjemność i śmierć pisała Frida w dzienniku są jedynie elementami tego samego procesu”. 11 lutego 1954 roku zapisała: „Sześć miesięcy temu amputowali mi prawą nogę, zżartą gangreną. Przeszłam przez całe wieki tortur, prawie straciłam »rozum«. Chcę popełnić samobójstwo. Tylko istnienie Diega powstrzymuje mnie przed tym, przez próżność myślę, że chyba by mu mnie brakowało. Powiedział mi o tym i mu wierzę. Ale nigdy w życiu tak nie cierpiałam. Poczekam jeszcze trochę…”. Dziennik był jej ostatnią deską ratunku, przelewała tu swoją rozpacz, ale też dawała wyraz chęci i radości życia:  malowała owoce, rośliny, zwierzęta, ziemię, niebo, słońce i gwiazdy. Kiedy tylko mogła, chwytała za pędzel. W 1943 roku zaproponowano jej pracę wykładowcy w eksperymentalnej Szkole Malarstwa i Rzeźby w Guerreiro. Przy jej łóżku schodziła się grupka studentów. Malarstwo uczyniło moje życie pełnym – zapisała. – Straciłam trójkę dzieci i zaprzepaściłam szanse, które mogły zmienić moje życie. Malarstwo zajęło ich miejsce. Myślę, że praca jest najważniejsza”.

Im gorzej Frida się czuła, tym staranniej się ubierała. Nawet leżąc w łóżku we  własnoręcznie haftowanej pościeli, wyglądała jak aztecka księżniczka.  W koronę czarnych warkoczy wplatała barwne pasma bawełny, zakładała bogato zdobione bluzki, kosztowne stare naszyjnik i pierścionki. Niedługo po zamążpójściu zmieniła swój surowy styl przykładnej komunistki o gładko zaczesanym koczku, w ołówkowej spódnicy i męskiej koszuli zapiętej wysoko pod szyję na tradycyjne stroje indiańskich kobiet. Jej szafy aż kipiały od falbaniastych  sukien noszonych przez plemię Tehuanas z Tehuantepec, haftowanych bluz Huazteków z Oaxaca i tunik Majów. Ramiona owijała bajecznie kolorowymi szalami reboso. Tak ubrana zadawała szyku w Ameryce na przyjęciach u Rockefellerów, którzy zamawiali malowidła u Rivery. Fotograf Edward Weston spotkał Fridę w San Francisco w latach trzydziestych. „U boku Diega wydaje się malutką pacynką – pisał – lecz malutka jest jedynie ze względu na wzrost, gdyż tak naprawdę jest silną i piękną kobietą, mającą niewiele z niemieckiego charakteru ojca. Chodzi ubrana jak dawne mieszkanki tych ziem, nosi nawet sandały, wzbudzając wielkie zainteresowanie na ulicach San Francisco. Ludzie zatrzymują się czasem, żeby ze zdziwieniem popatrzeć”. Po paryskiej wystawie Fridy w 1939 roku, którą zorganizowali jej surrealiści, zapanowała moda na Meksyk, a raczej na Fridę Kahlo. Projektantka Elsa Schiaparelli lansowała styl „à la señora Rivera”. Na okładce „Vogue’a” Frida w swoich barwnych strojach wyglądała jak jakaś tajemnicza, egzotyczna królowa.

Carlos Fuentes widział Fridę w początkach lat pięćdziesiątych na koncercie w Pałacu Sztuk Pięknych. Była już wtedy u kresu sił. „Wyglądała niczym zdruzgotana Kleopatra – opisywał malarkę – kryła storturowane ciało, uschniętą nogę, gorset ortopedyczny pod olśniewającym ubiorem meksykańskiej wieśniaczki, która przez cały rok chowa w skrzyni rodzinne ozdoby i suknie, by wdziać je na tę jedną, najważniejszą fiestę w roku: bransolety, wstążki, naszyjniki, grzebienie, przepaski, jedwabne halki, spódnice, wdzianka; do tego fantazyjne uczesanie omiatające twarz niby skrzydła ćmy. Tak, Frida Kahlo w całej różnorodności barw ukazywała nam cierpienie, które nigdy nie przemija; zastarzałe rany, które nie przestają dokuczać; chorobę, która nie ustaje w zabijaniu”.

Ostatni raz wystroiła się 13 kwietnia 1953 roku, kilka miesięcy przed śmiercią, na wernisaż swojej pierwszej indywidualnej wystawy w Meksyku. Założyła haftowaną bluzę z Oaxaki, w uszy wpięła złote kolczyki z turkusami. Do galerii znanej fotografki Loli Álvarez Bravo przetransportowano ją na własnym łóżku. Ułożona na wysokich poduszkach przyjmowała gratulacje i życzenia. „Frida była przez cały czas obecna na sali – opowiadał Diego – odprężona i radosna, szczęśliwa, że tyle osób przyszło złożyć jej hołd i wyrazy zachwytu. Prawie nic nie mówiła, potem jednak pomyślałem, że musiała zdawać sobie sprawę, że było to jej pożegnanie z życiem”.

„Dlaczegóż to miałabym potrzebować nóg – zapisała Frida w pamiętniku – skoro mam skrzydła do latania?”

Tekst pochodzi z książki „Najpiękniejsze. Kobiety z obrazów” (wyd. ZNAK 2014).

„Frida Kahlo i Diego Rivera. Polski kontekst”

CK Zamek Poznań, do 21. 01. 2018

1 komentarz

  1. Piękna historia, wspaniały człowiek 🙂 Właśnie wybieram się na tę Poznańską wystawę!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *